niedziela, 27 listopada 2011
piątek, 15 kwietnia 2011
środa, 18 sierpnia 2010
sobota, 3 lipca 2010
Nie słuchaj Wall Street!
Zasadniczo bym się w kwestii piłki, którą oczywiście kocham, nie wypowiadał na tym blogu tematycznie nieco od niej odległym, ale sprowokowała mnie sprawa o wiele bardziej fundamentalna, którą tu jeszcze kiedyś poruszę. Zresztą nie o samej piłce będzie mowa, a o prognozach największych banków dotyczących trwających właśnie w najlepsze Mistrzostw Świata w Piłkę Nożną RPA 2010. O śmiałych przewidywaniach - traktowanych powszechnie za najpoważniejsze - instytucji finansowych dowiedziałem się jakiś czas temu stąd.

Autor w podobny sposób zapatruje się na statystyczne metody, którymi posługiwały się do poczynienia tych predykcji banki, w ogóle nie uwzględniając obecnej bogatej specyfiki futbolu, traktując go bardzo powierzchownie: analizując nie do piłki podejście, a jedynie historyczne rezultaty drużyn, które jedyne co miały wspólnego z dzisiejszymi, to godło(flagę) państwowe na koszulce.
Przejdźmy teraz od samej metody do jej rezultatów i skonfrontujmy je zarówno z predykcjami samego autora, jak i z prawdziwymi rezultatami minionych już meczów. Autor bowiem wykazał się niesłychanym niuchem (w terminologii Scully i Muldera(o których mowa tu jeszcze pewnie będzie): good ole' hunch). Bierze dla przykładu na warsztat te typy banków, które wydają mu się najbardziej chybione i tak mamy dla Goldman Sachsa: z pierwszej grupy awans Francji i RPA (żadne z nich nie przeszło dalej), Serbia lub Australia awansująca kosztem Ghany (to Ghana awansowała), Szwajcaria pokonująca Chile (było odwrotnie) i awans Hondurasu (ostatni w swej grupie), Meksyk przegrywający z Nigerią (spotkanie się nie odbyło, bo drużyna z Afryki nawet nie wyszła z grupy). Ponadto Goldman obstawia 4 drużyny, które mają szansę na mistrzostwo: Anglię, Brazylię, Argentynę i Hiszpanię. Jak w tej chwili wiemy, szansę zachowała jedynie ostatnia drużyna. JP Morganowi z kolei z cyferek wyszło, że w finale Hiszpania zostanie pokonana przez Anglię, co autor skwitował genialnym
Obie te porażki banków 2008 i 2010 ukazują wyższość podejścia przyczynowo-skutkowego nad historycznym (o którym również tu nie mogę w przyszłości nie wspomnieć) w analizie złożonych struktur. O ile autorzy tych predykcji coś o nich po fakcie powiedzą, to pewnie sparafrazują samych siebie sprzed dwóch lat i rzekną, że to nie ich modele statystyczne są złe, tylko to piłkarze(w pierwotnej wersji 'gospodarka') się inaczej zachowali.
Bliższy rzut oka na sylwetkę autora artykułu ukazuje nam postać (1) antyautorytarysty po (2) historii(sic!, nie stosuje bowiem analizy historycznie, a prezentuje szersze spojrzenie) ekonomii, który co prawda nie jest pewnie (1) libertariańskim (2) austriakiem, ale z pewnością nie jest mu daleko.
Aby dobrego zwyczaju stało się zadość, mój typ sprzed rozpoczęcia mistrzostw to Holandia(przed ostatnimi ME2008 obstawiłem Hiszpanię, niestety nie na pieniądze, ale swoją drogą 100% zakładów, które obstawiałem na pieniądze do tej pory wygrałem). Jestem więc jak na razie (i jak zwykle) lepszy od banków w typowaniu. W tej chwili natomiast, powszechny niespodziewany zachwyt nad reprezentacją Niemiec, która rozpędziła się z Australią, potknęła na Serbii, odbiła się od Ghany, by zaserwować dwa bezlitosne kopy Anglii i Argentynie, udzielił się również i mnie. Jako że w piłce międzynarodowej kieruję się względami estetycznymi, zawsze kibicowałem tym drużynom, które grały najładniej. Holandia traci więc tym samym swą pozycję na rzecz Niemiec.

Autor w podobny sposób zapatruje się na statystyczne metody, którymi posługiwały się do poczynienia tych predykcji banki, w ogóle nie uwzględniając obecnej bogatej specyfiki futbolu, traktując go bardzo powierzchownie: analizując nie do piłki podejście, a jedynie historyczne rezultaty drużyn, które jedyne co miały wspólnego z dzisiejszymi, to godło(flagę) państwowe na koszulce.
Przejdźmy teraz od samej metody do jej rezultatów i skonfrontujmy je zarówno z predykcjami samego autora, jak i z prawdziwymi rezultatami minionych już meczów. Autor bowiem wykazał się niesłychanym niuchem (w terminologii Scully i Muldera(o których mowa tu jeszcze pewnie będzie): good ole' hunch). Bierze dla przykładu na warsztat te typy banków, które wydają mu się najbardziej chybione i tak mamy dla Goldman Sachsa: z pierwszej grupy awans Francji i RPA (żadne z nich nie przeszło dalej), Serbia lub Australia awansująca kosztem Ghany (to Ghana awansowała), Szwajcaria pokonująca Chile (było odwrotnie) i awans Hondurasu (ostatni w swej grupie), Meksyk przegrywający z Nigerią (spotkanie się nie odbyło, bo drużyna z Afryki nawet nie wyszła z grupy). Ponadto Goldman obstawia 4 drużyny, które mają szansę na mistrzostwo: Anglię, Brazylię, Argentynę i Hiszpanię. Jak w tej chwili wiemy, szansę zachowała jedynie ostatnia drużyna. JP Morganowi z kolei z cyferek wyszło, że w finale Hiszpania zostanie pokonana przez Anglię, co autor skwitował genialnym
Needless to say, many football analysts might call predicting that England will win the World Cup about as as safe as a mortgage-backed securities. (Doesn't past performance count for anything, people?!)
Obie te porażki banków 2008 i 2010 ukazują wyższość podejścia przyczynowo-skutkowego nad historycznym (o którym również tu nie mogę w przyszłości nie wspomnieć) w analizie złożonych struktur. O ile autorzy tych predykcji coś o nich po fakcie powiedzą, to pewnie sparafrazują samych siebie sprzed dwóch lat i rzekną, że to nie ich modele statystyczne są złe, tylko to piłkarze(w pierwotnej wersji 'gospodarka') się inaczej zachowali.
Bliższy rzut oka na sylwetkę autora artykułu ukazuje nam postać (1) antyautorytarysty po (2) historii(sic!, nie stosuje bowiem analizy historycznie, a prezentuje szersze spojrzenie) ekonomii, który co prawda nie jest pewnie (1) libertariańskim (2) austriakiem, ale z pewnością nie jest mu daleko.
Aby dobrego zwyczaju stało się zadość, mój typ sprzed rozpoczęcia mistrzostw to Holandia(przed ostatnimi ME2008 obstawiłem Hiszpanię, niestety nie na pieniądze, ale swoją drogą 100% zakładów, które obstawiałem na pieniądze do tej pory wygrałem). Jestem więc jak na razie (i jak zwykle) lepszy od banków w typowaniu. W tej chwili natomiast, powszechny niespodziewany zachwyt nad reprezentacją Niemiec, która rozpędziła się z Australią, potknęła na Serbii, odbiła się od Ghany, by zaserwować dwa bezlitosne kopy Anglii i Argentynie, udzielił się również i mnie. Jako że w piłce międzynarodowej kieruję się względami estetycznymi, zawsze kibicowałem tym drużynom, które grały najładniej. Holandia traci więc tym samym swą pozycję na rzecz Niemiec.
niedziela, 27 czerwca 2010
C.D. o (anty)terrorystach
Pamiętacie jeszcze niegdysiejszych protagonistów tego bloga? Tu jest w zasadzie wszystko, co o nich najważniejsze.
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Megagrabież
W nazywającym się Nowe Technologie dodatku do Gazety Wyborczej, którego niestety nie potrafię znaleźć w sieci, zbulwersował mnie artykuł, który w niezadowalającej, ale dostępnej teraz na szybko jakości załączam.


To, co najsilniej zagrało na moich emocjach, to redystrybucja jednego miliarda euro od ograbionych podatników w stronę ludzi, którzy nie posiadają szerokopasmowego połączenia Internetowego. Po pierwsze: te tereny nie są otoczone jakąś magiczną barierą nieprzepuszczającą sygnału, tylko po prostu widocznie mieszkańcy wolą wydawać kasę na produkty zaspokajające ich bardziej palące potrzeby niż Internet. Teraz megaustawa czy inna specustawa sprawi, że zasoby nie będą alokowane optymalnie.
Do głosu dopuszczono histeryków, którzy wylewają swe gorzkie żale, że w ich małej podlaskiej wiosce nie ma żadnego operatora. Przyczyną jest pewnie to, że skoro mieszkają na zadupiu z tą swoją zaściankową mentalnością, sprawiającą, że nieustannie czegoś żądają w zamian za nic, to nic dziwnego, że po miejskich stawkach nikt nie chce im tam ciągnąć kilometrów światłowodów. Mieszkając na terenach, na których cywilizacja przemysłowa w Polsce odbiła swe piętno w najmniejszym stopniu, a co za tym idzie w najbardziej oddalonym od zgiełku i zanieczyszczeń, niemalże dziewiczym i sielankowym anturażu, nie powinni się dziwić, że są pozbawieni usług powszechniejszych w miastach. Teraz oni dostaną po kosztach szerokopasmowy Internet, a ja co, rachunek za ich wygłupy? Mi rząd w żaden sposób nie zrekompensuje uroków mieszkania w Smródmieściu Łodzi, gdzie wszystko smrodzi i nawet bieganie psom szkodzi.
Czy ta sytuacja nie przypomina częstego motywu z Polski i pewnie nie tylko, że jakiś wójt, radny czy inny polityczny kozak kupuje ładnie położoną ziemię za bezcen, bo jest nieuzbrojona i nijak ze światem połączona, a dziwnym trafem infrastruktura się wkrótce pojawia?
Po drugie: przypuszczam, że trwanie tych wszystkich partnerstw publiczno-prywatnych jest zagrożone wysokim ryzykiem rozpadu, bo sztywne warunki współpracy w połączeniu ze zmieniającymi się warunkami gospodarczymi, to kombinacja nie gwarantująca powodzenia inwestycji, co ilustrują przykłady rezygnujących z kontynuacji realizacji inwestycji spółek zaangażowanych w budowę polskich autostrad.
Po trzecie: jak wszystko co związane z rządem, rozpocznie się przecinaniem wstęg, podnietami i w akompaniamencie fajerwerków, a szara rzeczywistość, która nadejdzie jakiś czas później, przyniesie problemy, z którymi urzędnicy i chuja warci akademicy sobie nie poradzą.
Po czwarte: choć jest to nie do wyobrażenia dla kręgów bredzących o cyfrowym wykluczeniu, bez szerokopasmowego łącza w domu naprawdę da się żyć! Jest to możliwe nawet dla uzależnionego od Facebooka Jasia Kapeli, bolszewiofaszysty, co wielokrotnie nawoływał do nacjonalizacji tego właśnie serwisu społecznościowego i mordu na jego właścicielu Zuckerbergu - Żydzie kapitaliście. A ja się na koniec zapytam gdzie się teraz podziewa hatespeech-watch?
To, co najsilniej zagrało na moich emocjach, to redystrybucja jednego miliarda euro od ograbionych podatników w stronę ludzi, którzy nie posiadają szerokopasmowego połączenia Internetowego. Po pierwsze: te tereny nie są otoczone jakąś magiczną barierą nieprzepuszczającą sygnału, tylko po prostu widocznie mieszkańcy wolą wydawać kasę na produkty zaspokajające ich bardziej palące potrzeby niż Internet. Teraz megaustawa czy inna specustawa sprawi, że zasoby nie będą alokowane optymalnie.
Do głosu dopuszczono histeryków, którzy wylewają swe gorzkie żale, że w ich małej podlaskiej wiosce nie ma żadnego operatora. Przyczyną jest pewnie to, że skoro mieszkają na zadupiu z tą swoją zaściankową mentalnością, sprawiającą, że nieustannie czegoś żądają w zamian za nic, to nic dziwnego, że po miejskich stawkach nikt nie chce im tam ciągnąć kilometrów światłowodów. Mieszkając na terenach, na których cywilizacja przemysłowa w Polsce odbiła swe piętno w najmniejszym stopniu, a co za tym idzie w najbardziej oddalonym od zgiełku i zanieczyszczeń, niemalże dziewiczym i sielankowym anturażu, nie powinni się dziwić, że są pozbawieni usług powszechniejszych w miastach. Teraz oni dostaną po kosztach szerokopasmowy Internet, a ja co, rachunek za ich wygłupy? Mi rząd w żaden sposób nie zrekompensuje uroków mieszkania w Smródmieściu Łodzi, gdzie wszystko smrodzi i nawet bieganie psom szkodzi.
Czy ta sytuacja nie przypomina częstego motywu z Polski i pewnie nie tylko, że jakiś wójt, radny czy inny polityczny kozak kupuje ładnie położoną ziemię za bezcen, bo jest nieuzbrojona i nijak ze światem połączona, a dziwnym trafem infrastruktura się wkrótce pojawia?
Po drugie: przypuszczam, że trwanie tych wszystkich partnerstw publiczno-prywatnych jest zagrożone wysokim ryzykiem rozpadu, bo sztywne warunki współpracy w połączeniu ze zmieniającymi się warunkami gospodarczymi, to kombinacja nie gwarantująca powodzenia inwestycji, co ilustrują przykłady rezygnujących z kontynuacji realizacji inwestycji spółek zaangażowanych w budowę polskich autostrad.
Po trzecie: jak wszystko co związane z rządem, rozpocznie się przecinaniem wstęg, podnietami i w akompaniamencie fajerwerków, a szara rzeczywistość, która nadejdzie jakiś czas później, przyniesie problemy, z którymi urzędnicy i chuja warci akademicy sobie nie poradzą.
Po czwarte: choć jest to nie do wyobrażenia dla kręgów bredzących o cyfrowym wykluczeniu, bez szerokopasmowego łącza w domu naprawdę da się żyć! Jest to możliwe nawet dla uzależnionego od Facebooka Jasia Kapeli, bolszewiofaszysty, co wielokrotnie nawoływał do nacjonalizacji tego właśnie serwisu społecznościowego i mordu na jego właścicielu Zuckerbergu - Żydzie kapitaliście. A ja się na koniec zapytam gdzie się teraz podziewa hatespeech-watch?
sobota, 29 maja 2010
Niewidzialne sidła
Bronek Komorowski zgłosił kandydata na stanowisko prezesa NBP Marka Belkę. Jednak nie o samej kandydaturze chciałbym pisać, bo to nudne niezmiernie; wolałbym natomiast abyśmy skupili się na reakcji opinii publicznej na to wydarzenie, a dokładnie na pewnym jej aspekcie. Otóż aspektem tym jest podkreślanie przez opiniotwórcze środowiska i zapewne – zapewne, bo nie mam ochoty samemu się o tym przekonać śledząc wypociny różnych komentatorów – bezmyślne po nich powtarzanie przez media pośledniej klasy pragmatyzmu kandydata. Pierwszym (chyba), który wskazał na tę cechę jego osobowości jest jego kolega z wydziału i były członek RPP, Bogusław Grabowski. W nurt ten zaskakująco wpisuje się również ten, który wsławił się, przeciwko nurtowi, tyle że głównemu ekonomii, pisząc o Rothbardzie, razy parę wystąpić, a nawet nazywany był fellow traveler w odniesieniu do Austriaków. Mowa o Witoldzie Gadomskim.
Takie wysuwanie cnoty pragmatyzmu na pierwszy plan przez komentatorów jest symptomatycznym i znamiennym dla systemu wartości powszechnego w ich świecie. Niestety nie wiedzą, że ich bożek nie istnieje, bo cóż znaczy być pragmatykiem w kontekście pełnienia funkcji prezesa NBP? Nie jest on komputerem, natomiast zawsze podejmuje jakieś decyzje w oparciu o wybrane przez siebie arbitralnie kryteria. Jest więc z konieczności ideologiem, którego świat piszących peany ku czci pragmatyzmu tak bardzo się boi! O tyle akurat ma reakcja jest tak żywa, że daję tu jej wyraz, o ile rzeczone stanowisko wydaje mi się bardzo ideologiczne, zwłaszcza jeśli wyznaczenie wspomnianych kryteriów powszechnie budzi tak wiele emocji naukowych i światopoglądowych, a nie kto inni, bo przecież nie publicyści, a naukowcy, tacy jak np. Bugaj czy właśnie Grabowski, używają tych bezsensownych pojęć. Podobnie sprawa się ma w kontekście jego rzekomej apolityczności. Pomijając jego bogatą przeszłość polityczną nawet rozumianą bardzo wąsko, jego decyzje są na podstawie rzeczonej zasady jak najbardziej polityczne! No chyba, że uznamy, że politycznym jest dziś jedynie to, co różni dwa główne obozy parlamentarne, a reszta tradycyjnych akademicko/ulicznych kwestii spornych, zwłaszcza tych o fundamentalnym dla libertarian znaczeniu, zostaje zepchnięta z areny walki zwanej polityką, pod warunkiem, że nie zostanie zjedzona przez system, a następnie stanie się jego częścią.

A teraz, na koniec te kilka nudnych słów o protagoniście ostatnich wydarzeń, zepchniętym przeze mnie nieco na bok: z tego co usłyszałem – w końcu na jego i Grabowskiego Wydziale, który jest również wydziałem i moim – Belka, nawet pod względem znajomości ekonomii głównego nurtu nie wyróżnia się na tle światowym na tyle, by dzięki niej objąć stanowisko w MFW, które ostatnio piastował, a prace naukowe, które wydał były raczej przenoszeniem zagadnień zachodnich na pogrążony w mrokach PRL’u ciemny grunt. Podobnie jak Balcerowicz (ciekawe, że to akurat dwaj postpezetpeerowi neoliberałowie), znany jest z tego, że miał – uwaga, bo teraz padnie to nieszczęsne słowo – polityczne doświadczenie w kierowaniu transformacją, czyli był takim mainstreamowym wyrobnikiem.
Takie wysuwanie cnoty pragmatyzmu na pierwszy plan przez komentatorów jest symptomatycznym i znamiennym dla systemu wartości powszechnego w ich świecie. Niestety nie wiedzą, że ich bożek nie istnieje, bo cóż znaczy być pragmatykiem w kontekście pełnienia funkcji prezesa NBP? Nie jest on komputerem, natomiast zawsze podejmuje jakieś decyzje w oparciu o wybrane przez siebie arbitralnie kryteria. Jest więc z konieczności ideologiem, którego świat piszących peany ku czci pragmatyzmu tak bardzo się boi! O tyle akurat ma reakcja jest tak żywa, że daję tu jej wyraz, o ile rzeczone stanowisko wydaje mi się bardzo ideologiczne, zwłaszcza jeśli wyznaczenie wspomnianych kryteriów powszechnie budzi tak wiele emocji naukowych i światopoglądowych, a nie kto inni, bo przecież nie publicyści, a naukowcy, tacy jak np. Bugaj czy właśnie Grabowski, używają tych bezsensownych pojęć. Podobnie sprawa się ma w kontekście jego rzekomej apolityczności. Pomijając jego bogatą przeszłość polityczną nawet rozumianą bardzo wąsko, jego decyzje są na podstawie rzeczonej zasady jak najbardziej polityczne! No chyba, że uznamy, że politycznym jest dziś jedynie to, co różni dwa główne obozy parlamentarne, a reszta tradycyjnych akademicko/ulicznych kwestii spornych, zwłaszcza tych o fundamentalnym dla libertarian znaczeniu, zostaje zepchnięta z areny walki zwanej polityką, pod warunkiem, że nie zostanie zjedzona przez system, a następnie stanie się jego częścią.

A teraz, na koniec te kilka nudnych słów o protagoniście ostatnich wydarzeń, zepchniętym przeze mnie nieco na bok: z tego co usłyszałem – w końcu na jego i Grabowskiego Wydziale, który jest również wydziałem i moim – Belka, nawet pod względem znajomości ekonomii głównego nurtu nie wyróżnia się na tle światowym na tyle, by dzięki niej objąć stanowisko w MFW, które ostatnio piastował, a prace naukowe, które wydał były raczej przenoszeniem zagadnień zachodnich na pogrążony w mrokach PRL’u ciemny grunt. Podobnie jak Balcerowicz (ciekawe, że to akurat dwaj postpezetpeerowi neoliberałowie), znany jest z tego, że miał – uwaga, bo teraz padnie to nieszczęsne słowo – polityczne doświadczenie w kierowaniu transformacją, czyli był takim mainstreamowym wyrobnikiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)